Grupa 33 w Harmężach - relacja

Marian Kołodziej 

(cytat z przewodnika Haliny Słojewskiej-Kołodziej, Twoja droga przez Labirynty Mariana Kołodzieja, Gdańsk – Harmęże 2008, s. 47)

 

 

Harmęże są malowniczo położone, gdyż znajdują się w Kotlinie Oświęcimskiej. Można tam odwiedzić kościół pw. Matki Bożej Niepokalanej, w którym poruszające wrażenie robi kaplica p.w. Matki Bożej zza drutów - Patronki Rodzin Oświęcimskich, klasztor oo. Franciszkanów oraz prowadzone przez nich Centrum Świętego Maksymiliana. Niedaleko Harmęży znajduje się Muzeum Auschwitz-Birkenau. W podziemiach kościoła od kilku lat mieści się wystawa „Klisze pamięci”, po obejrzeniu której ks. Józef Tischner napisał: „Moja reakcja jest taka: prawdziwy Oświęcim jest tutaj. I to właściwie wszystko, co mogę powiedzieć”.

W dniu naszego wyjazdu do Harmęży Pan Bóg pobłogosławił nam piękną pogodą. Było słonecznie i stosunkowo ciepło jak na początek listopada. Dla naszych dzielnych kierowców samochodowych aura okazała się idealna. Na miejscu przywitał nas Ojciec Florian, który stał się naszym przewodnikiem po wystawie. Oprowadzając naszą grupę po „labiryntach Mariana Kołodzieja”, opowiedział wiele wzruszających i mocno zapadających w pamięć historii związanych z gehenną, jaką w niemieckim obozie koncentracyjnym przeżył wraz ze współwięźniami autor wystawy –  Marian Kołodziej.

Harmęże Harmęże Harmęże Harmęże

Żeby zrozumieć jej istotę i wartość artystyczną, trzeba najpierw poznać sylwetkę zmarłego w 2009 roku Mariana Kołodzieja, który był więźniem nr 432 KL Auschwitz. Trafił tam jako kilkunastoletni chłopiec z pierwszym transportem więźniów. W obozie przebywał od pierwszego dnia jego istnienia do końca. Niemcy prowadzili przeciw niemu długie śledztwo poprzedzające wyrok śmierci za przerysowywanie planów obozu dla aliantów. Nie zdążyli wykonać wyroku. Marian Kołodziej przejął swoje nazwisko po zmarłym więźniu. Nigdy nie ujawnił swej prawdziwej tożsamości. Przez pięćdziesiąt lat milczał na temat swojej obozowej przeszłości. Wskutek ciężkiej choroby w połowie lat 90. rozpoczął rysowanie. Stało się ono dla niego walką o życie, a potem obowiązkiem i spełnieniem przyrzeczenia danego kolegom w obozie.

Schodząc stopniami w dół do kościelnego podziemia, widzimy symbolicznie strzaskaną szybę, a w niej wielkie zdjęcie przedstawiające młodych mężczyzn wtłaczanych do wagonu kolejowego. Po wkroczeniu do wnętrza wagonu kolejowego dostrzegamy słowa Zbigniewa Herberta: „Ocalałeś nie po to, aby żyć / Masz mało czasu / Trzeba dać świadectwo”. Po chwili zanurzamy się w ogromnym labiryncie obrazów wywołanych z pamięci. Ściany zapełnione są narysowanymi ołówkiem pracami, rzadko wzbogaconymi kolorem, a towarzyszą im rekwizyty obozowej codzienności. Drobne detale – potłuczone szyby, druty kolczaste i kamienie – tworzą przejmującą atmosferę. Pogłębiają ją panujące w labiryncie chłód i cisza. Ze wszystkich obrazów i plansz spoglądają na nas takie same, umęczone cierpieniem, twarze z olbrzymimi oczami. Ich wzrok jest intensywny. Wyraziste oczy atakują, osaczają zewsząd. Uliczki obozu są wąskie, więc z trudem się przemieszczamy. Tylko niektóre z twarzy udaje się zidentyfikować, na przykład rozpoznajemy Maksymiliana Marię Kolbego, który został przewieziony do KL Auschwitz 28 maja 1941 roku transportem z Warszawy. Kilka tygodni później pójdzie dobrowolnie na śmierć za nieznanego sobie człowieka – ojca rodziny. Heroiczna postawa o. Maksymiliana jest jednym z głównych motywów wystawy i zarazem jednym z nielicznych, które w tej gehennie niosą nadzieję i otuchę. Innymi motywami są: moralny upadek człowieka, który zamienia się w bestię, Apokalipsa, koszmar obozowego życia, wyniszczające prace, do jakich oprawcy zmuszali więźniów, krematoria, wszechobecnie czająca się śmierć...

 

Harmęże Harmęże Harmęże Harmęże Harmęże

W mojej pamięci szczególnie utkwił rysunek przedstawiający współcierpiącego Chrystusa w koronie cierniowej z kolczastego drutu. Chrystus zdejmuje więźnia ze słupka – jednej z najstraszniejszych obozowych tortur – jakby zdejmował go z krzyża… Inna praca, na którą zwróciłam uwagę, ukazywała scenę teatralną. W jej centrum umieścił artysta naszych wieszczów: Mickiewicza i Słowackiego. Niedzielnymi popołudniami, w dwugodzinnym czasie wolnym, więźniowie doznawali cudu w obozowym koszmarze. Tym cudem były spotkania z aktorami (między innymi Stefanem Jaraczem), którzy recytowali słowa największych poetów polskich. Słuchanie przez dwie godziny w takim potwornym, diabelskim miejscu krystalicznie pięknych słów stawało się balsamem dla obolałej duszy. Więźniowie obozu byli stale przez oprawców „bici” słowami brutalnymi i raniącymi. Można więc wyobrazić sobie, czym były dla nich konspiracyjne występy artystów recytujących Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Norwida, Wyspiańskiego… Poezja ocalała i wzmacniała.

Czy można pisać o czymś, co jest tytułową kliszą, a zarazem świadectwem, według przyświecających tej wystawie słów Zbigniewa Herberta? Przerażającym świadectwem tego, jak zły i jak wspaniały może być człowiek. Autor wystawy napisał: „[...] to nie wystawa – nie sztuka, nie obrazy, a słowa zamknięte w rysunku. […] Sztuka jest bezradna wobec tego, co człowiek zgotował człowiekowi”.

Z labiryntów wyszliśmy wstrząśnięci, porażeni i bezradni. Powitało nas słońce oświetlające piękny franciszkański ogród stworzony w japońskim stylu… Jakaż przeciwwaga do tego, co oglądaliśmy przed chwilą… To pozwala nam wierzyć, że mimo zła, które czasem ogarnia świat, warto cieszyć się urodą życia i natury. Koło bielejącej figury Matki Bożej odmówiliśmy wspólnie Koronkę do Miłosierdzia Bożego, modląc się za wszystkie ofiary obozowej gehenny. „Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami”.

 

 

Relację napisała Beata z Grupy Wstępnej